MELLI care – Połączenie wielowiekowej tradycji tworzenia kosmetyków na bazie olejków z roślin.

Czym zajmuje się lub co produkuje Pani firma?

Marka MELLI care zajmuje się produkcją i dystrybucją naturalnych produktów dermokosmetycznych dla osób zmagających się z nadmiernie suchą skórą i propagowaniem idei profilaktycznej pielęgnacji. Inspiracją do powstania marki MELLI care były problemy skórne w rodzinie autorki marki spowodowane cukrzycą.

Okazuje się, że nie tylko cukrzyca, ale też wiele innych chorób (głównie autoimmunologicznych) powodują efekt uboczny w postaci nadmiernie suchej skóry, o którą należy dbać profilaktycznie. Produkty naturalne MELLI care przynoszą ulgę zbyt napiętej, rogowaciejącej, a nawet pękającej skórze. Dzięki zastosowaniu kosmetyków można skupić się na codziennych zajęciach i nie rozpraszać się stanem skóry.

Z produktów korzystają z radością również osoby zdrowe, które doceniają jakość, skuteczność i pewnego rodzaju wyjątkowość kosmetyków. Chodzi tu przede wszystkim o odróżnienie produktów MELLI care od bezimiennych, podobnych do siebie czy pełnych emulgatorów kosmetyków w sieciowych drogeriach nastawionych na zysk, a nie na jakość, która dla nas jest najważniejsza.

Skąd czerpie Pani inspiracje do działań, rozwoju?

Inspiracje do działań i rozwoju czerpię z obserwacji otaczającego mnie mikroświata oraz śledząc trendy na świecie, nie tylko te dotyczące świata kosmetyków, ale też zachowań i potrzeb społecznych, wyczerpanych zasobów środowiska i wpływu, jaki niesie dla nas i naszych dzieci. Obserwuję nasycenie rynku sklepami sieciowymi i coraz głośniej komunikowanymi szkodami, jakie niesie za sobą masowa produkcja odzieży przy wykorzystaniu biedniejszych społeczeństw, w tym dzieci.

Widzę też jak szybko rozwija się tendencja do zakupów u lokalnych, niszowych rzemieślników i twórców. Zarówno, jeśli chodzi odzież, jak i szybko zbywalne produkty pierwszej potrzeby z branży spożywczej. To oczywiste, że pojawił się trend zero waste i że rośnie świadomość konsumencka. Polega ona na posiadaniu wpływu i samodzielnym wyborze produktu.

Przy powoływaniu do życia MELLI care przyświecała mi idea podania osobom zmagającym się z suchą skórą produktów zdrowych dla skóry, przebadanych, bezpiecznych, pozbawionych chemii, które będą alternatywą dla aptecznych maści pełnych pochodnych ropy naftowej – nachalnie reklamowanych przez duże media i sponsorowanych przez koncerny, które mają w nosie samopoczucie i zdrowie konsumenta.

Obserwując z czym zmagają się osoby z problemami skórnymi na co dzień, szukam alternatyw i staram się im pomóc, uczynić ich codzienność bardziej przyjemną poprzez zaproponowanie im skutecznego preparatu, a przy tym sprawiającego przyjemność pięknym zapachem – w myśl zasady z naszego logotypu, czyli helath&senses (zdrowie i zmysły).

Co wyjątkowego jest w Pana/i produktach, co odróżnia je od konkurencji?

Moje produkty nie są przede wszystkim efektem próżnej wyobraźni – powstały w wyniku obserwacji konkretnych potrzeb osób zmagających się z problemem suchej skóry. Zawsze byłam osobą społeczną i zwracałam uwagę na dobro innych, dlatego stworzenie produktów społecznie pożytecznych było moją wewnętrzną potrzebą.

Moje produkty odpowiadają na potrzebę stosowania kosmetyków naturalnych pozbawionych chemii, są przebadane i bezpieczne. Odzew z rynku pozwala mi sądzić, że ich forma podawcza, strona wizualna i wrażenia organoleptyczne, czyli ich wchłanialność, wydajność, a także pobudzające zmysły i wprawiające w dobry nastrój zapachy nie są bez znaczenia.

Konkurencja to dla nas coś bardzo pożytecznego, bo pozwala nie popaść w samozachwyt, tylko pobudza do pozytywnej kreatywności, nie pozwala spocząć na laurach. Konkurenci podchodzą do nas podczas targów ekologicznych i oglądając nasze produkty – również bardzo je chwalą, więc to dobry znak.

Czy nawiązuje Pan/i do patriotyzmu gospodarczego w swojej firmie? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Tak, bardzo podkreślam fakt, że jesteśmy polską firmą , że tworzymy w Polsce, że wszędzie tam, gdzie jest to możliwe korzystamy z zasobów polskich dostawców. Nazwa naszej marki jest anglojęzyczna, ponieważ od początku zakładałam, że będę myśleć i działać globalnie, ale jestem bardzo zaangażowana w działania lokalne – wspieram fundacje działające na naszym lokalnym rynku.

Biorę osobiście oraz jako marka udział w akcjach charytatywnych, działających na rzecz profilaktyki zdrowotnej. W myśl zasady, że lepiej zapobiegać niż leczyć, szerzę ideę ochrony zdrowia. Wszędzie, gdzie to możliwe i na ile pozwalają nasze zasoby (bo wciąż jesteśmy mikrofirmą i nie produkujemy setek tysięcy kremów) przekazujemy bezpłatnie nasze produkty, aby konsumenci, którzy nie dowiedzą się o nas ze spotu telewizyjnego ani z reklamy prasowej (bo niestety na taką formę reklamy nas nie stać) mieli możliwość poznania naszej marki.

Kto raz spróbował, wraca i deklaruje, że chce być częścią naszej społeczności. To jest typowy przykład patriotyzmu gospodarczego zarówno naszego, jak i naszych Klientów. Wolą kupić nasze produkty zamiast znane marki zachodnich koncernów produkujących w Chinach.

Co dla Pana/i jako polskiego przedsiębiorcy znaczy patriotyzm gospodarczy?

Dla mnie patriotyzm gospodarczy oznacza wsparcie tego, co jest tworzone w miarę możliwości niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Sama oferując produkty, cieszę się, kiedy kupują je ode mnie znajomi i wolą odebrać je osobiście zamiast korzystać z kuriera (chronimy w ten sposób środowisko i zmniejszamy ilość smogu, którego ilość w Warszawie i tak już bije na alarm).

Tłumaczę dzieciom, dlaczego sięgamy po jogurt tworzony w naszym regionie, zamiast jogurt o tym samym smaku tworzony na południu Polski. Zakup tego drugiego pozostawiamy mieszkańcom Polski Południowej. Pochodzę z Sierpca, który słynie ze świetnie prosperującej mleczarni, to nie wyobrażam sobie, żebym kupowała dzieciom inny ser, niż Królewski J. Uwielbiam też sierpecki serek Capri i tylko taki kupuję do domu. Chociaż wiem, że ten gatunek sera może byłby smaczniejszy, gdyby powstał z mleka pochodzącego od włoskich krów, wypasanych na ciepłych zboczach Alp… Ten włoski kupuję, kiedy jestem w podróży.

Generalnie mam bzika na punkcie produktów polskich rzemieślników. Wolę zaoszczędzić i kupić jedną bluzkę polskiej młodej projektantki, zamiast kupić sobie 4 tanie sieciowe, które przejechały pół świata.  Gdyby sięgnąć wzrokiem i ruszyć głową, to pośród moich znajomych mogłabym zaopatrzyć się w buty, torebki, sukienki. Znalazła bym również kosmetyki kolorowe do make-upu, odzież dla dzieci, zabawki, meble odnawiane, meble nowe. Mam koleżankę tworzącą bajeczne torty oraz taką tworzącą cuda na drutach, a nawet ozdoby choinkowe.

Wolę kupić mniej, a wesprzeć znajomych, bo wiem, jak trudno jest się utrzymać na początku działalności. Po drugie, bo kupując lokalnie dołożę cegiełkę do ochrony środowiska, w którym będą żyły moje dzieci… I wbrew pozorom – wyższe ceny produktów rzemieślniczo wytwarzanych nie szkodzą mojej kieszeni. Dzięki temu kupuję mniej, bardziej dbam o to, co mam i nie rekompensuję sobie smutków zakupem śmieciowych produktów. Poza tym to wszystko, co tworzone z sercem – ma znacząco lepszą jakość, niż masowa produkcja.