Na przestrzeni lat polski handel i zmiany z nim związane bywały dynamiczne, burzliwe i często związane z sytuacją polityczną. Czasami jednak historia przedsiębiorczości i konsumpcji wcale na niego nie rzutowały. W Dniu Handlowca postanowiliśmy przyjrzeć się czasom, z których owe święto pochodzi i ukazać, jak wyglądał i z czym się wiązał niegdyś handel.

Sytuacja gospodarcza w Polsce dawniej

Poprzednie stulecie w historii polskiego handlu nie było zbyt korzystne i komfortowe dla Polaków. Skala ubóstwa i bezdomności po zaborach, pierwszej i drugiej wojnie światowej była przytłaczająca. Stale rosnąca inflacja nie pomagała w zmianie sytuacji i polepszenia komfortu życia (na rok 1923 wynosiła ona miesięcznie aż 360 procent). Od 1928 do 1937 roku w pośrednictwach pracy zarejestrowało się czterokrotnie więcej osób bezrobotnych, a według szacunków na wsiach ponad 3 mln osób pozostawało bez pracy. Aż trudno sobie wyobrazić, że w lokalach jednoizbowych potrafiło mieszkać jednocześnie 20 osób.

Jak wyglądał handel w poszczególnych okresach?

W okresie międzywojennym w zależności od regionu, sklepy były prowadzone przez różne narodowości (w miejscach zaludnionych głównie przez Żydów zwykle ta narodowość sprzedawała produkty). Nie były to jednak schludne i miłe dla oka miejsca – zazwyczaj miejskie i podmiejskie sklepy były zaniedbane, brudne i małe, w niczym nie przypominały dzisiejszych obiektów. Nastawieniu sprzedawców już jednak wtedy towarzyszyło powiedzenie „Klient, nasz Pan”. Dbano o każdego gościa, organizowano degustacje, promocje, dawano rabaty czy próbki. Kupowano rzeczy niezbędne do życia i funkcjonowania. Przykładowo w przeciętnych gospodarstwach domowych mięso zazwyczaj pojawiało się na stole dwa razy w roku – na święta Bożego Narodzenia oraz na Wielkanoc.

W czasie II wojny światowej legalny handel sprowadzał się do wymiany produktów za kartki. Racje żywnościowe nazywane były głodowymi, ponieważ średnio na osobę wydawane było od 400 do 600 kalorii. Niestety często takie porcje były niewystarczające, panowało skrajne niedożywienie, a same racje żywnościowe były niesmaczne. Wśród nich znajdował się chociażby gliniasty, gorzki i kruchy chleb, marmolada bez cukru, której walory smakowe pozostawiały wiele do życzenia, czy twarda margaryna. Szansę na przeżycie dawał Polakom czarny rynek, opierający się między innymi na handlu wymiennym. Istniała szara strefa, towar „spod lady” – można było zdobyć dodatkową żywność, ale też ubrania, buty, węgiel czy drewno. Kary, jakie groziły za przyłapanie na handlu na czarnym rynku, były przerażające (zsyłka do obozu koncentracyjnego, rozstrzelanie czy w najlepszym przypadku chłosta na posterunku policji).

Kolejka po towar

Po wojnie kupców często zastępowali szabrownicy. Państwo zajęło się dostarczaniem do sklepów produktów pierwszej potrzeby. Na szczęście prywatny handel na wolnym rynku zaczął się odradzać, stanowił jednak dla kupców duże ryzyko – każde zawyżenie ceny groziło zamknięciem przedsiębiorstwa, karą pieniężną, a nawet zsyłką do obozu pracy. Do 1950 roku władzy udało się skutecznie zlikwidować prywatny handel, a spółdzielczy został przejęty przez państwo. W ciągu czterech lat zlikwidowano co najmniej 34 tysiące sklepów i 66 procent hurtowni. Komuniści zastąpili prywatne przedsiębiorstwa centralami handlu hurtowego, powstały również domy towarowe (PDT), w których sprzedawano wyroby przemysłu państwowego.

Państwo kontrolowało ruchy spółdzielcze, handel prywatny i z racji tego, że w wielu miejscach z powodu niewystarczającej ilości towarów i sklepów detalicznych powstały „pustynie handlowe” (na sklep masarski przypadało nawet 5 tysięcy osób), powstawały kolejki po towar. W 1949 roku komuniści znieśli reglamentację kartkową i wprowadzili bony tłuszczowe, na podstawie talonów sprzedawano też inne produkty – żywność, materiały budowlane, odzież itp. Wciąż brakowało jednak samych towarów. Nie można było powiedzieć, że zakupom towarzyszyła miła atmosfera, ponieważ najczęściej czekający godzinami w kolejkach ludzie wracali z niczym lub po prostu z niekompletnymi zakupami. W takim ogonku można było stać nawet kilka dni, a kolejka była uzależniona od list społecznych (do sklepów czy banków), które były codziennie sprawdzane, i z których wykreślano nieobecnych. Niektórzy, ze względu na to, iż czekanie po upragnione produkty było tak powszechne, dorabiali sobie jako „profesjonalni stacze”. Nie brakowało wówczas kłótni czy interwencji MO.

Poza kolejką dostać do sklepu mogli się inwalidzi wojenni, matki w zaawansowanej ciąży i emeryci po 75. roku życia. W sklepach nie było zbyt dużego wyboru – jeden rodzaj chleba, jeden gatunek mięsa czy jeden fason ubrań. Sklepowe braki skończyły się dopiero po 1989 roku. Wybrańcy systemu – urzędnicy MSW, milicjanci, politycy i funkcjonariusze – od lat 50. nie musieli zaopatrywać się w różnych sklepach, aby zakupić potrzebne produkty. Powstały na ich potrzeby tak zwane Konsumy (znane również jako sklepy za żółtymi firankami), gdzie dostępność i różnorodność produktów była znacznie większa. Co ciekawe, niektóre Konsumy przetrwały do dziś – funkcjonują jeszcze w postaci kasyn czy stołówek na terenie komend policji.

Towar za kartki

W ostatniej dekadzie PRL-u znów wprowadzono reglamentację, czyli zakup towaru na kartki lub talony (trwała ona od 1952 do 1953 roku, a następnie powrócono do nich w 1976 roku, kiedy zaczęło brakować cukru). Spowolnienie gospodarki w roku 1981 doprowadziło do tego, że za kartki można było wymienić już prócz podstawowych rzeczy, takich jak mięso, mleko czy chleb, również benzynę, alkohol, proszek do prania, obuwie, odzież czy pieluchy. W latach 80. system reglamentacji miał się znacznie lepiej i miał o wiele większy zasięg niż za czasów okupacji hitlerowskiej. Mimo, że kartki często utrudniały życie, były w pewien sposób zaakceptowane przez społeczeństwo.

Wynikało to z faktu peerelowskiej i popeerelowskiej propagandy, według której produktów było mało i lepiej, aby każdy miał ich po równo – nie zdawano sobie sprawy ze spekulacji żywnością na bardzo szeroką skalę, jak i z tego, że zaradnej osobie może żyć się lepiej. Aby sprawnie zorganizować sprzedaż deficytowych towarów, powstawały również komitety kolejkowe, które patrząc na listy oczekujących chciały pomóc czekającym ludziom. Niewiele to jednak ułatwiało. W 1981 roku nastąpiło spowolnienie gospodarki, wprowadzono stan wojenny, a kartki były na porządku dziennym. Liczba ludności wzrosła o 12 mln, podczas gdy w porównaniu do roku 1946 sklepów przybyło zaledwie 6 tysięcy. Kolejny raz wymyślono, że sklepy przyzakładowe oraz te, dla określonych grup społecznych, rozwiążą problem.

Towar za bony

W 1972 roku powstały pierwsze Pewexy po przekształceniu sklepów dewizowych PeKaO. Bonami tego banku można było kupić w sklepach produkty spożywcze takie jak coca-cola, egzotyczne owoce, czekolada, ale również zabawki, ubrania czy resoraki. To tutaj można było też dostać popularne jeansy Montana, Rifle, a po znajomości nawet Wranglery czy Levisy. W sklepach akceptowano także płatności dolarami amerykańskimi czy markami niemieckimi, jednak ze znaczną korzyścią w przewalutowaniu dla sprzedającego. Pozostałymi sklepami za czasów PRL-u były Baltony, jednak w tych mogli zaopatrywać się jedynie piloci, marynarze i dyplomaci.

To nie koniec opowieści o produktach, które można było zdobyć za bony. W PRL-u trudno było dostać jakąkolwiek rzecz – w tym obrączki, które były marzeniem każdego narzeczeństwa. Były one niezbędne do zawarcia małżeństwa w Urzędzie Stanu Cywilnego. Kiedy młoda para dopięła wszelkich formalności, miała szansę starać się o… produkty AGD. Takie ułatwienie miała wyłącznie ta grupa społeczna. Wówczas proces ten wyglądał następująco: państwo młodzi dostawali od państwa preferencyjny kredyt, za który mieli możliwość kupić podstawowy sprzęt. Wkrótce jednak przyszło im się mierzyć z kolejnym wyzwaniem, jakim było pozyskanie własnego mieszkania – to nie było już takie proste. Wszystkie kartki zniesiono latem 1989 roku.

Dynamiczny rozwój gospodarki

Życie w PRL-u było drogie i zdecydowanie nie było usłane różami. Dopiero wolność gospodarcza zaowocowała nowo powstałymi przedsiębiorstwami. Zauważalny był wzrost jakości życia, a także nastąpił dynamiczny rozwój polskiej gospodarki. Na sklepowych półkach przestało brakować towarów. Dzięki otwarciu granic w miastach zaczęły pojawiać się stragany. Szybko powstawały hurtownie, sklepy detaliczne i markety. Polska gospodarka otworzyła się na inwestycje zagranicznych sieci handlowych. Polacy wreszcie mieli możliwość zakupienia wymarzonych rzeczy, dzięki czemu wzrosła sprzedaż niemal każdego rodzaju produktu.

Dumni z bycia Polakami

Dzisiaj w polskim handlu to konsument rozdaje karty i to on wybiera sklepy oraz marki. Czym się przy tym kieruje? Między innymi jakością, ceną i pochodzeniem. Wybiera też sam sposób nabycia produktu – może to zrobić online z dostawą do domu, odebrać zakupy osobiście, kupować w sklepie detalicznym, supermarkecie, hipermarkecie czy dyskoncie… Jest to o tyle dobre, iż każdy rodzaj handlu się sprawdza – większe zakupy kupimy w dużym sklepie, a te mniejsze, codzienne potrzeby konsumpcyjne zaspokoimy w małym osiedlowym sklepiku. Dzięki temu wszystko się równoważy i ma prawo bytu. Jednocześnie nasuwa się jeden wniosek… Możemy być dumni z tego, jak kiedyś wyglądała nasza gospodarcza historia i jak wygląda ona teraz. Jesteśmy bardzo zaradnym i przedsiębiorczym narodem, który potrafi odnaleźć się w nawet niewesołej rzeczywistości.